niedziela, 8 maja 2016

Zasada pięćdziesięciu dwóch stron


Jestem dość niefrasobliwym czytelnikiem - co tam plany i stosiki, tu coś od koleżanki, tu jakiś promocyjny e-book, tu jakaś recenzja i znowu do biblioteki. Przez moje ręce i regał przewija się miesięcznie mnóstwo książek i niestety, większości z nich nie czytam do końca, bo zasada pięćdziesiątej drugiej strony.

O ci chodzi z tą zasadą? Otóż jest bardzo prosto - jeśli książka mnie nie zachęci do pięćdziesiątej drugiej strony, odkładam ją i nie wracam do niej. Czasami zdarza się, że jestem na dwudziestej/trzydziestej stronie i ją męczę, więc odkładam. Stąd też mało negatywnych recenzji na moim blogu (zaledwie dwie czy trzy mało pochlebne), co jest także skutkiem tego, że staram się starannie dobierać lektury.

Jakie książki poddały się pod tą zasadą?







"Białe jabłka" Jonathana Carrolla
Pojawiły się którymś stosiku i dobrnęłam do bodajże dwudziestej strony. Próbowałam czytać i nie dałam rady. Za dużo poplątania, a ja w tamtym czasie nie miałam głowy do skupiania się. Do przeczytania kiedy indziej.



"Infekcja" Tess Gerritsen
Wypożyczone z biblioteki przez ambitnego biolchema, bo przecież lubię takie medyczne thrillery, no i miałam nadzieję na zombie. Zaczęłam czytać. Pierwszy rozdział. "Zaczął rozcinać warstwę żółtawego tłuszczu podskórnego, co chwila tamując krwawienie", "Rozciął lśniącą otrzewną. Jama brzuszna była otwarta.", "Wsunął tam dłoń i poczuł, jak owijają się wokół niej śliskie, ciepłe jelita. Utkwić w kokonie ludzkiego ciepła - cóż to za cudowne uczucie". Wymiękłam i odłożyłam. Kolana miałam jak z waty. Moja kariera lekarska skończyła się jeszcze zanim się zaczęła. Nigdy więcej.



"Obsydian" - Jennifer L. Armentrout
Przeczytałam chyba nawet więcej niż pięćdziesiąt dwie strony tego wybitnego dzieła, ale nie potrafiłam zmęczyć go do końca. Główna bohaterka była megairytująca, a jej ukochany przejaskrawiony, pisany na typowego pożeracza serc czytelniczek. Do tego zdążyłam naliczyć się tylu podobieństw do "Zmierzchu", takich typowych rozwiązań i o ile zazwyczaj schematy, jeśli są przedstawione w ciekawy sposób, nawet mi się podobają, to tu ich nie zniosłam.

"Kod Leonarda da Vinci" - Dan Brown
Tak mi ją zachwalano, tyle dobrego się nasłuchałam... Po kilkudziesięciu stronach odłożyłam na chwilę i nigdy nie wróciłam. Ta książka nie przyciągnęła mnie zupełnie niczym i bez żalu o niej zapomniałam. Mimo to mam ochotę wrócić, bo w końcu ma wielu "zachwalaczy", a ja może po przeczytaniu zostanę przeciągnięta na jasną stronę mocy.

"Nigdy nie gasną" - Alexandra Bracken
Tutaj nie rozumiem już sama siebie. Przeczytałam z zachwytem "Mroczne umysły", poleciałam do biblioteki po kolejną część, zaczęłam czytać... I odłożyłam po godzinie, zwinęłam się w kłębek i zasnęłam. Nie wiem, dlaczego, co i jak, ale do tej trylogii raczej już nie wrócę.

"Dziewczyna, która chciała zbyt wiele" - Jennifer Echols
Powieść strasznie płytka, infantylna i prosta - czyli to co czasami jest potrzebne, by utrzymać mój mózg w prawidłowym stanie, ale tutaj czułam jak komórki mózgowe uciekają mi przez uszy. Koszmar, wytrzymałam chyba dwadzieścia sześć stron.

"Gone. Faza pierwsza. Niepokój" - Michael Grant
Zaczęłam czytać dawno, dawno temu, ale zupełnie nie moje klimaty i poddałam się bardzo szybko, choć wiem, że to naprawdę dobre książki.

"Ta dziewczyna" - Colleen Hoover
Zupełnie niepotrzebny, nic nie wnoszący sequel niepotrzebnego, nic nie wnoszącego sequelu. Rozumiem, że albo hajs musiał się zgadzać, albo autorka czuła presję fanek, by opublikować coś takiego, ale to taki zapychacz dla psychofanek. Tak samo było z "Losing hope" i "Szukając Kopciuszka". Genialne pierwsze części, a potem powtarzanie historii z punktu widzenia innego bohatera. Czasami to wychodzi, czasami nie. Przy "Tej dziewczynie" - stracony czas.

"Restart" - Amy Tintera
Wszystko mi się podobało, gdy czytałam opis. Zombie, jakaś kickassowa bohaterka - coś co lubię. Ale mina mi zrzedła, gdy zabrałam się za tą książkę. Wszystko było nie tak! Dobrnęłam do dwudziestej strony. Mam wrażenie jednak, że zabrałam się za nią w złym momencie, nie skupiłam się i oto efekt, więc jeszcze do niej wrócę.

Takich książek było znacznie więcej, ale to tyle z tych, które pamiętam. Jakie są wasze książki, odłożone na półkę i poddane zasadzie pięćdziesięciu dwóch stron? :)



wszystkie obrazki z lubimyczytac.pl





14 komentarzy:

  1. Ja Kod wymęczyłam, ale miałam podobne odczucia, wszędzie zachwalali, wszędzie mówili jakie to dobre, a tu bum, nie wyszło. Ja ostatnio porzuciłam Szklany Tron po któreś tam stronie, niestety, ale stwierdziłam, że nie będę dłużej tego męczyć.
    LeonZabookowiec.blogspot.com

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ja za to uwielbiam "Szklany tron" :) Rozumiem, przecież czytamy nie po to żeby się męczyć z daną lekturą :)

      Usuń
  2. Mnie Dan Brown przekonał stuprocentowo, a twórczość Tess Gerritsen właśnie mam w planach. Nie rezygnuję jednak z książek w trakcie czytania więc z pewnością doczytam całość. Pozdrawiam :)

    OdpowiedzUsuń
  3. Mam ochotę wrócić do Browna, a i spróbować znowu z Tess Gerritsen, choć z inną książką :)

    OdpowiedzUsuń
  4. ja czesto tak mam z zakończeniami serii, kiedy poprzednie części podobały mi się, ale czytałam je bardzo dawno więc kiedy czytam po jakimś czasie kontynuacje bywa że nie kończe, bo nie potrafie znów wejsc w fabułe

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. O to tak jak z "Mrocznymi umyslami" mam ja :)

      Usuń
  5. "Kod Leonarda da Vinci"- pożyczyłam, zaczęłam, po kilku kartkach odłożyłam. To było w lutym. Do tej pory próbuję do niej wrócić :) Także rozumiem!


    www.zksiazkadolozka.blogspot.com

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Hahaha, cieszę się z tego zrozumienia :)

      Usuń
  6. Ta dziewczyna rzeczywiście była napisana nie potrzebnie ;)

    OdpowiedzUsuń
  7. Chyba nie potrafiłabym kierować się tą zasadą. Często akcja w książce rozwija się dopiero po tej pięćdziesiątej drugiej stronie, a czasami książka ma ich z 1000, więc tak naprawdę po tych kilkudziesięciu kartkach dojdziemy dopiero do wprowadzenia w fabułę. Miałabym wyrzuty sumienia nie kończąc książek, więc podziwiam Cię, że Ty to potrafisz zrobić :)

    Pozdrawiam ciepło, bookworm :>

    OdpowiedzUsuń
  8. Hmmm... ja to chociaż próbuję do połowy dobrnąć ;)

    Bookeaterreality

    OdpowiedzUsuń
  9. Na moim blogu też pojawiają się raczej pochlebne opinie, bo jeśli książka mi się nie podoba, to ją odkładam :D Staram się tego nie robić i czytać do końca, ale... czasami się nie da :P

    OdpowiedzUsuń
  10. Miałam tak z "Hopeless", i było mi smutno bo myślałam, że mi się spodoba i w ogóle. Zawsze jednak czytam wszystko do końca i myślę, że w wakacje zrobię drugie podejście do tej lektury :) Ciekawy post, kurde nigdy bym o tym nie pomyślała - czasem nie warto męczyć się z książką.
    Pozdrawiam cieplutko!
    http://lovelybookprincess.blogspot.com/

    OdpowiedzUsuń
  11. nie wpadłabym na to, z reguły odkładam książkę kiedy poziom irytacji wzrasta do maksimum. tak było w przypadku Love, Rosie, i z tego co pamiętam odłożyłam ją około 60 strony. pozdrawiam :)
    wyznaniaczytadloholiczki.blogspot.com

    OdpowiedzUsuń