poniedziałek, 22 czerwca 2015

#11. "Anna i pocałunek w Paryżu" - Stephenie Perkins



Tytuł: Anna i pocałunek w Paryżu
Autor: Stephenie Perkins
Wydawnictwo: Amber
Data wydania: 5 marca 2013
Ilość stron: 368



Każda siedemnastolatka byłaby wniebowzięta, gdyby ojciec postanowił wysłać ją na rok do Paryża. Ale Anna jest szczęśliwa w Atlancie – ma fajne liceum, najlepszą przyjaciółkę i chłopaka… no prawie. Więc nie skacze do góry z zachwytu. Paryż wcale jej się nie podoba – dopóki w nowej szkole nie pozna Etienne’a. Etienne jest superparyski, megaprzystojny i ma wszystko – niestety, z dziewczyną włącznie. Ale przecież w Paryżu każde marzenie może się spełnić. Czy najbardziej romantyczny rok w najbardziej romantycznym mieście świata zakończy się tak wyczekiwanym przez Annę najbardziej romantycznym pocałunkiem ? (opis wydawnictwa) 

Ojciec siedemnastoletniej Anny, bogaty pisarz, wysyła ją do Amerykańskiej Szkoły w Paryżu na rok. Dziewczyna nie ma najmniejszej ochoty zostawiać w Stanach swojej matki, młodszego brata, najlepszej przyjaciółki i swojego (prawie) chłopaka. Po przyjeździe do Paryża bardzo szybko poznaje Etienne'a, w którym równie szybko się zakochuje. Niestety - okazuje się, że Etienne ma dziewczynę, z którą spędza dużo czasu i wydaje się szczęśliwy, a Anna nie ma zamiaru wchodzić między nich.

Fabuła jest dość prosta i nieskomplikowana. Ot, dziewczyna, nowa szkoła i zauroczenie. Nie dzieje się zbyt dużo, miejsce akcji nie zmienia się drastycznie. Autorka stopniowo pokazuje nam nawiązywanie więzi między Anną a Etiennem, nie przyśpiesza niepotrzebnie rozwoju wydarzeń. Dowiadujemy się sporo o bohaterach, poznajemy ich charakter i historię. W pewnym momencie następuje przełom w akcji (komplikacje rodzinne Etienne'a) i lekkie zagmatwanie, ale koniec końców wszystko znowu udaje się przywrócić do tego spokojnego trybu.

Zarówno Anna, jak i Etienne (właściwie tylko ich poznajemy tak dobrze) są ciekawymi postaciami. Ona to miłośniczka filmów planująca zostać krytykiem, spokojna, żartobliwa dziewczyna, nie kreująca się ani na zagubioną sierotkę ani na superoryginalną. Takich dziewczyn jak ona są tysiące, a jej historia może przydarzyć się każdemu.
Etienne jest chłopakiem należącym do większej paczki przyjaciół, niski i przystojny, bardzo charyzmatyczny. Nie stara się udowodnić nikomu swojej wartości, jest bardzo zwyczajny i szczery w tym, co robi. Oprowadza Annę po nieznanym jej mieście, ale nie próbuje podrywać, a gdy spotykają jego dziewczynę, ona o wszystkim wie. Nie ma w nim cienia obłudy i bardzo to w nim cenię. Tak jak Anna, jego rodzice nie są razem. Jego ojciec manipuluje jego matką, z którą chłopak ma świetne relacje. Obydwoje zbliżają się do siebie coraz bardziej, ale czytelnik nie wie do końca, czy ich relacja ma szansę na coś więcej.
Autorka wykreowała też szereg bohaterów pobocznych - zakochaną w Etienne Meredith, przyjaciółkę zarówno jego jak i Anny, beztroskiego Josha czy pozostawioną przez Annę w Ameryce Bridgette, prawie siostrę. Nie wybijają się jednak na pierwszy plan, a choć często akcja dzieje się z ich udziałem, nie przebijają się zbytnio na pierwszy plan.

Książka napisana jest lekkim stylem, choć dzięki Bridgette wzbogacimy się o kilka trudnych słów :) Czyta ją się szybko, mimo powolnego rozwoju akcji i skupienia na głównych bohaterach. Dobrze czyta się z punktu widzenia Anny, bo jest tym typem bohaterki, który z łatwością polubisz.

Mimo wszystkich zalet, książka wydawała mi się trochę nijaka. Dobrze, mamy rozwijający się watek przyjaźni i skrywanych uczuć, kłopotów z rodzicami i niezrozumieniem przez nich, a nawet odrzuceniem, ale to nie zmienia faktu, że momentami po prostu mnie nudziła. To przyjemna historia, ale brakowało jej jakiegoś pazura, którego nie udało się niestety osiągnąć nawet dzięki opisom Paryża.

Podsumowując - książka dla wszystkich dziewczyn, które tracą wiarę w istnienie wartościowych ludzi i tych, które lubią skomplikowane, nieoczywiste historie miłosne. Nie wiem, czy znajdzie się tu cokolwiek, co mnie zirytowało (a ja jestem z tych czepialskich :)), może tylko zmusiło do przerzucenia kartki kilka razy, gdy nie działo się nic konkretnego.  Mimo to warto zapoznać się z tą pozycją, bo nadrabia te minimalne wady sympatycznymi, żywymi bohaterami. Mimo, że nie zaliczę jej do moich ulubionych książek ani pewnie nie przeczytam ponownie, nie żałuję, że ją przeczytałam.

Ocena - 7/10

5 powtarzalnych sytuacji w młodzieżówkach



Cześć! Dzisiaj przychodzę do was z postem, który planowałam od dawna, poświęconym pięciu schematom w młodzieżówkach, które są tak wyświechtane, że aż męczące. Chciałabym się dowiedzieć, czy tylko ja jestem tak upierdliwa i się czepiam, czy są jeszcze inni tacy. :)
Przypominam tylko, że piszę o swoich własnych przemyśleniach i drażniących mnie rzeczach, nie biję i nie rzucam na stos osób, które mają odmienne zdanie. Jeśli tak jest - podziel się tym ze mną w komentarzu, z wielką chęcią zapoznam się z twoją opinią.
Po tym wstępie możemy zaczynać!



Dziwny prolog

Wypożyczasz/kupujesz książkę – przyciągająca wzrok okładka, ciekawy opis z tyłu i intrygujący tytuł. Cóż, po raz kolejny przekraczasz dozwolony limit książek w bibliotece albo wydajesz jak zwykle za dużo, ale przecież masz przed sobą perspektywy wspaniałej uczty literackiej, prawda?

A potem czytasz prolog i bańka mydlana prysła. Deszcz, mgła i tajemnicze postacie. Rozmowy o porwaniach, okupach, przepowiedni, umowach, itp. Opisy boleści głównej bohaterki. Weźmy na przykład taką sagę „Szeptem” – każda z czterech części zaczyna się prologiem, bardzo mrocznym prologiem, pełnym piór, ciemności i upadłych aniołów. Tak miałam właśnie z pierwszą częścią, gdy po kilkustronicowym bardzo mrocznym prologu zaserwowano mi dziesięć rozdziałów opisujących codzienne życie amerykańskiej nastolatki.

Jest wiele świetnych serii,  które nie mają żadnych prologów, np. „Niezgodna”, „Harry Potter” czy „Igrzyska śmierci”. Nie mówię od razu, że takie wstępy to zło – złem są takie, które są przesadzone, odstraszają nas wrzucaniem od razu na głęboką wodę czy nie mają zbyt wielkiego powiązania z resztą książki jak najbardziej. Taki prolog w „Zmierzchu” – wiele można niezbyt pochlebnego powiedzieć o tej serii, ale akurat on był dobrze napisany, intrygujący i zachęcał do czytania.


Metody działania

Nasza główna bohaterka napotkała właśnie miłość swojego życia albo stara się rozkminić, o co chodzi w rzucanych jej tajemniczych aluzjach.

Jeśli chodzi o tą pierwszą możliwość – wynajmuje do tego uczynną przyjaciółkę, rozgląda się po uniwersyteckim kampusie czy podgląda, co robi miłość jej życia podczas nudnego wykładu. Czasami robi to z „czystej ciekawości”, tłumacząc to różnie, np.:

Cóż, ten okropny chłopak oblał mnie kawą, gdy otwierał drzwi. Dlatego teraz muszę patrzeć jak ten niegodziwiec podczytuje książkę pod ławką. Trzeba znać swojego wroga, prawda? Co on czyta? Pewnie to pozer, chce udowodnić, że mimo tego wyglądu greckiego boga ma też mózg. Nie wierzę, że jakaś głupia idiotka może ślinić się na jego widok. Widzicie X? Ciągle się na niego gapi.

Dlatego, czytając książkę jestem w stanie stwierdzić (na jakieś 85% dobrze), w kim zakocha się główna bohaterka. To strasznie męczące. Czy autorzy (choć to głównie autorki…) nie mogą stworzyć postaci, która nie ulega takim porywom albo zachowuje się racjonalnie, czytaj: nie śledzi, nie ignoruje, gdy zagada, albo sama zaczyna rozmowę NA LUZIE, bez wyobrażania sobie wyglądu ich przyszłych dzieci? Nie wiem, może to ze mną jest coś nie tak i dlatego tak się nie zachowuję?

Co do drugiej opcji – tej z rozkminianiem aluzji – czy internetowy risercz to jedyne na, co cię stać, droga autorko? Naprawdę? Żałosne wydaje mi się wpisywanie przez bohaterkę haseł w wujku Google: wampiry; zimne istoty; upadłe anioły; cheszwan. Jeszcze bardziej żałosne wydaje mi się podglądanie wszystkich możliwych portali społecznościowych czy rozmawianie z kolegami (Czy nie zauważyłeś niczego dziwnego w Patchu?). Dziewczyny, nie zachowujcie się jak desperatki, nie nadinterpretujcie, ani nie rzucajcie się na siłę – mówię to ja, dziewczyna z matfizu (75% klasy to chłopcy) i posiadaczka siedmiu kuzynów w wieku 16-24 :) A tak często postępują bohaterki tych książek :(


Trójkąty miłosne

Nic nie irytuje mnie tak bardzo jak źle napisany trójkąt miłosny. Nic.
To sprawia, że czuję się odmóżdżona przez resztę lektury i jest koszmarne. W większości przypadków dokładnie wiadomo, co dyktuje bohaterce serce, a co rozum, i co do której opcji bardziej się skłania. Po co to? Bo każdy ma to ja też? A jeszcze gorzej jest, gdy bohaterka nie może się zdecydować, czyli zwodzi oboje albo prosi o więcej czasu: America z „Rywalek” czy Allie z „Wybranych”. Równie irytujący jest sam wątek miłosny – bohaterka przyjeżdża do nowej szkoły czy miejsca (Allie z „Wybranych”, Kylie z „Wodospadów cienia”) i od razu zakochuje się w niej dwóch superprzystojnych gości.

Co nie oznacza, że w ogóle nie lubię trójkątów miłosnych. Dobrze poprowadzone fajnie dopełniają serię albo stwarzają nowy problem do pokonania, są ważnym punktem fabuły, ale nie są niezbędne. Jestem absolutnie zakochana w trójkącie miłosnym z „Diabelskich maszyn” (UWAGA SPOJLER choć według mnie Tessa nie kochała Jema tak bardzo jak Willa, bardziej w przyjacielski sposób) czy z „Igrzysk śmierci”.


Niepowtarzalnie piękna

Jak wiele dziewczyn znacie, które możecie uznać za wyjątkowo ładne? Albo za piękne?
U mnie w liceum jest wiele całkiem ładnych dziewczyn, ale nie ma chyba żadnej tak pięknej, że ludzie odwracają się za nią na ulicy. A więc dlaczego w większości młodzieżówek autorzy skupiają się tak bardzo na urodzie?

Błagam, to jest o wiele bardziej krzywdzące niż te wszystkie plakatu superchudych modelek, które niby powodują tyle kompleksów! Dziewczyny, które to czytają i czasami mają koło trzynastu- , czternastu lat mają wpajane, że uroda to najlepsze co może je w życiu spotkać. Czytają o tych wszystkich bohaterkach, w dialogach ktoś ciągle wtrąca, jakie to one nie są piękne, albo to ich przyjaciółki wymieniają ich zalety i porównują się z nimi. Albo gdy autor wpycha wszędzie chamskie wzmianki o ich pięknie, aby tylko nikt przypadkiem nie zapomniał o tym, że ma powodzenie.  Ale to tylko jakaś szóstka w mojej osobistej skali irytacji. Wiecie, co jest gorsze? Gdy bohaterka uporczywie uważa się nadal za brzydką albo ciągle krytykuje swój wygląd!

Dajcie spokój, drogie autorki amerykańskich bestsellerów. Nie wiem, jak jest w waszym kraju kukurydzą rosnącym, ale u nas nie widujemy na ulicach samych supermodelek, a wyrabianie kompleksów i parcia na urodę u dziewczyn jest ZŁE. ZŁE jak plany Dundersztyca razem wzięte.
Ile razy mieliśmy w „Igrzyskach” wzmiankę o urodzie Katniss, a ile razy udowodniła nam swoją odwagę? Czy to, że Tris z „Niezgodnej” nie była zbyt ładna cokolwiek zmieniał w jej dokonaniach? Czy to, że Rose z „Akademii wampirów” zdawała sobie sprawę z własnej urody i była pewna siebie sprawiało, że była uważana za idiotkę? Czy jest coś wstydliwego w tym, że uważamy siebie za ładne?

Młodzieżówki naprawdę potrzebują więcej bohaterek, których uroda nie będzie podkreślana na każdym kroku, ale nie zaniżana. Mają nas inspirować swoimi czynami i charakterem.


Miłość od pierwszego wejrzenia

Wiecie, o co chodzi. Szkolnym korytarzem idzie dziewczyna. Nowa, świeżo sprowadzona do miasteczka, z naręczem książek w ręce i zagubioną miną. Potyka się o swoje własne nogi i upada a z opresji wybawia ją przystojny młodzieniec (no błagam, on zawsze jest przystojny!). Nagle nawiązuje się kontakt wzrokowy i bach! Wielka miłość! Nawet jeśli damy im trochę czasu, potem czytamy myśli bohaterki wypełnione nim, a on stwierdza, że zakochał się w niej od samego początku. Krótko po tym są gotowi dla siebie umrzeć. Trochę sztucznie, nie?
Jestem zwolenniczką lepszego poznania się bohaterów, bo to sprawia, że ich miłość wydaje się bardziej rzeczywista i głębsza. Kojarzycie Rona i Hermionę? Percy’ego i Annabeth? Gilberta i Anię?


Ten post jest bardziej o moich irytacjach, ale tylko dlatego, że nie jestem zwolenniczką schematów, a każda z wyżej wymienionych sytuacji jest bardzo często spotykana w młodzieżówkach.

To by było na tyle na dziś. Jeśli chcecie się ze mną nie zgodzić albo dodać coś od siebie - zapraszam do komentowania :)

PS: Już jutro ranking literackich ojców z okazji Dnia Ojca (łapcie ranking z matkami - klik :)), niedługo także recenzja pewnej książki (może ktoś zgadnie - Paryż, ojciec pisarz, dziewczyna w amerykańskiej szkole :)), a także jeden tag, do którego zostałam nominowana.

sobota, 20 czerwca 2015

#10. "Carrie" - Stephen King

Tytuł: Carrie
Autor: Stephen King
Wydawnictwo: Prószyński i Ska
Data wydania: 8 października 2013
Ilość stron: 208

Kultowa debiutancka powieść Stephena Kinga ponownie zekranizowana! Film w kinach od 18 października 2013 roku!
Carrie White jest inna niż jej rówieśnicy. Nie chodzi na prywatki, nie interesują się nią chłopcy, stanowi obiekt kpin i docinków. Matka – religijna fanatyczka – za wszelką cenę usiłuje uchronić ją przed grzechem. Pewnego razu Carrie się jednak buntuje i idzie na szkolny bal. Gdy tam pada ofiarą okrutnego żartu, rozpętuje się piekło... dziewczyna jest telekinetką o olbrzymiej mocy, której postanawia użyć, by zemścić się na prześladowcach. Ci, którzy ją dręczyli, gorzko tego pożałują.
„Carrie” to debiut Kinga. 18 października na ekrany polskich kin wejdzie nowa ekranizacja powieści, w rolę głównej bohaterki wcieliła się Chloë Grace Moretz, natomiast jej matkę zagrała Julianne Moore. (opis wydawnictwa)

Carrie White jest dość normalną dziewczyną (ech, nie licząc fanatycznej matki), która jednak żyje w odosobnieniu od rówieśników, którzy już dawno temu wybrali ją sobie na obiekt kpin. Dzięki swojej matce obydwie są znane w całym swoim miasteczku Chamberlain. Carrie nie jest zbyt ładna, bystra ani utalentowana, właściwie wszyscy uważają ją za wyjątkowo tępą. Gdy w wieku siedemnastu lat, po raz pierwszy dostaje okres, po wuefie, pod prysznicem i przy całej hordzie wrogich jej koleżanek, które obrzucają ją tamponami, doznaje niemałego wstrząsu, co powoduje u niej przypływ telekinetycznych mocy. Dziewczyna zaczyna je ćwiczyć, a dyrektor jej liceum postanawia ukarać jej koleżanki. W tym samym czasie matka Carrie obwiniają o to, że stała się kobietą i każe modlić w domowej kaplicy za swoje (nieistniejące) grzechy.

„Taka była dziewczyna, którą teraz wszyscy nazywają potworem. Chciałabym, żebyście dobrze to sobie zapamiętali. Oto dziewczyna, która zadowala się hamburgerem i szklanką piwa za dziesiątkę. Dziewczyna, która ze swojej pierwszej szkolnej zabawy chciała wrócić wcześniej, żeby nie niepokoić mamy...”

Książkę określiłabym jednym słowem: PSYCHOZA. Nie jestem w stanie wyobrazić sobie, co musiała przeżyć Carrie żyjąc z matką, która odprawia w niedzielę trzygodzinne nabożeństwa, a za jakikolwiek przejaw sprzeciwu zamyka ją w komórce. To jest zupełny religijny fanatyzm, który zawładnął całym życiem White’ów. Carrie nie jest w stanie sprzeciwić się matce, ale rozwijanie w sobie zdolności, sprawia, że robi się pewniejsza siebie.

Jest to powieść epistolarna, mianowicie zapisana w przeróżnych artykułach, wycinkach, listach – przeznaczonych głównie postaci Carrie i studium nad jej zdolnościami, a od początku wiemy, jak historia ma się skończyć. Jest to bardzo przewidywalne, ale gdy nadchodzą fragmenty opowiadane z perspektywy Carrie i tak jesteśmy ciekawi, jak doszło do tego, że ta niepozorna, wręcz tępa siedemnastolatka dopuściła się brutalnego wymordowania całego miasteczka.

To, co jak zawsze totalnie mną zawładnęło to klimat tej książki. King ma to do siebie, że jego powieści są przesycone Ameryką z lat sześćdziesiątych, siedemdziesiątych i nie jestem w stanie tego nie kochać! To jest absolutny mistrz pisania i jeśli nigdy nie sięgnąłeś/sięgnęłaś po jego książkę, bo a)pisze tylko powieści grozy, a ja nie lubię, b)pisze dla dorosłych, c)wydają się nudne i za poważne, to natychmiast to zmień! To, co musi dziać się w głowie autora, jego wyobraźnia, sposób konstruowania postaci, które są wyraziste, z charakterem, z tym amerykańskim rysem, a mimo to nie identyczne jest genialne!

Wszystko w tej powieści jest przesycone napięciem i oczekiwaniem na to, co sprawiło, że Carrie stała się morderczynią. Autentycznie, miałam ciarki na plecach, gdy dowiedziałam się, co pewne dwa paszkwile z jej liceum zrobiły (inaczej nie da się ich nazwać), aby ją upokorzyć. Powoli dobiegaliśmy do tragicznego zakończenia, po drodze zagłębiając się głębiej w psychikę Carrie i całą zmianę, jaka powoli się w niej zaczęła dokonywać. Jestem pewna, że gdyby nie to, co się stało, Carrie mogłaby uwolnić się od toksycznej matki i zacząć normalnie funkcjonować w społeczeństwie. Ale nie, bo tym dwom paszkwilom było mało i musiały… ARGHH! Nie powiem! Nie chcę wam psuć historii, ale ten czyn był wybitnie głupi, niewybaczalny, okropny i upokarzający. I właśnie to doprowadziło Carrie do kresu i zakończenia jej historii. Opisy tego, co działo się potem to zdecydowanie najlepsza część książki. Co wrażliwsi mogliby odpaść, ale naprawdę muszę powiedzieć to jeszcze raz – Stephen King to niekoronowany król horroru i wielu pisarzy powinno się od niego uczyć.

„Ludzie z wiekiem nie stają się lepsi, stają się tylko sprytniejsi. Kiedy jesteś starszy i mądrzejszy, to wcale nie przestajesz obrywać skrzydełek muchom, po prostu potrafisz wymyślić lepsze powody, żeby to usprawiedliwić.”

Podsumowując – „Carrie”  jest jedną z tych książek, które zapadają w pamięć. Nie mogłam przestać się zastanawiać, co by było gdyby, jednak nie doszło do rzezi.  Nie tylko pokazuje na samym końcu sporo krwi, ale co do tego stwarza nam pole do przemyśleń – co jeśli osoba z której się niewinnie śmiejemy, obgadujemy za plecami, uważamy za dziwoląga, w końcu przestanie to ignorować i wybuchnie? Jak daleko my się posuniemy, aby dalej ją upokorzyć? Może czasami warto zauważyć w drugim człowieku człowieka, nie przejmować się wiecznie, co pomyślą inni, gdy zobaczą nas rozmawiających z ofiarą żartów.

Ocena – 10/10


(Cytaty pochodzą z w.w. książki) 

Liebster Blog Award #1



Witam, dzisiaj przychodzę do was z moim pierwszym LBA, do którego zostałam nominowana przez Taką Trochę z Takich Książek.


Kilka słów o zasadach:

„Nominacja do Liebster Award jest otrzymywana od innego blogera w ramach uznania za „dobrze wykonaną robotę”. Po przyjęciu LBA należy odpowiedzieć na 11 pytań otrzymanych od osoby, która Cię nominowała. Następnie Ty nominujesz 11 osób (informujesz ich o tym) oraz zadajesz im 11 pytań. Nie wolno nominować bloga, który Cię nominował. Obowiązkiem jest też wklejenie znaku LBA do wpisu.”

Czas na moje odpowiedzi!

1. Makijaż czy naturalny wygląd?
Zdecydowanie makijaż. Ja jestem z tych nie malujących się, nawet rzęs nie maluję, bo mam naturalnie bardzo ciemne, Jedyne do czego się przyznaje to korektor pod oczy, żeby nie wyglądać jak zombie z rana :)

2. Jedzenie w domu czy poza nim?
W domu! Czy tylko ja mam paranoję,że wszyscy na mnie patrzą gdy jem?

3. Pies czy kot?
Kot. Mam kota, który jest Kotem przez duże K i nie jestem w stanie wyobrazić sobie zamiany go na jakiegokolwiek psa :)

4. Ulubiony gatunek filmowy?
Ech. wszyscy się dziwią, ale ja naprawdę uwielbiam komedie romantyczne! Nie jestem w stanie oglądać żadnych scen akcji, pościgów czy zabójstw, mimo że zwykle nie lubię wątków romantycznych w książkach. Moimi ulubionymi komediami są "Mój chłopak się żeni" (z 1997 roku, kiedy Julia Roberts była młoda :)) i "Oświadczyny po irlandzku". A wasze? :)

5. Najlepsze wspomnienie z dzieciństwa?
Kiedy wlazłam na drzewo, nie mogłam zejść i sąsiad dziadków musiał po mnie przyjeżdżać... wozem strażackim - należał do OSP. Do dzisiaj płaczę ze śmiechu na samo wspomnienie. Ale jakie widoki z tego drzewa były!

6. Wolisz książki w wersji papierowej czy elektronicznej?
Zdecydowanie w papierowej, choć e-booki też czytam. Zauważyłam, że mniej zapamiętuje z takich elektronicznych, a poza tym lubię po prostu posiadać książki i patrzeć na nie na półce :)

7. Trzy słowa, które definiują Twoją osobowość?
Uparta, obserwująca, kawa :)

8. Kawa naturalna czy rozpuszczalna?
Głównie naturalna, ale Nescafe 3w1 jest tak dobre, że mogę je pić dopóki przed oczami nie tańczą mi kaczki kankana.

9. Miejsca, do których lubisz wracać?
Lubię wracać po wakacjach... do szkoły. Naprawdę,w ciągu dwóch miesięcy zaczynam tęsknić za ludźmi, wuefem, sprawdzianami, szafkami, automatem z kawą, matematyką, biblioteką, mydłem w łazienkach, wychowawczynią, okropnymi czepkami na basen, matematyką...

10. Zakupy w sklepie stacjonarnym czy przez internet?
Spożywcze - stacjonarny, książki - internet. :)

11. Aktywne czy pasywne spędzanie czasu?
Chciałabym, żeby było aktywne, ale prawda w oczy kole - kto potrafi spać do dwunastej, a potem przeleżeć resztę dnia na kanapie  z książką? :)


Moje pytania:
1. Biblioteka czy księgarnia?
2. Umysł ścisły czy humanista?
3. Pierwszy bohater książkowy, w którym się zakochałaś
4. Bohaterka, która jest najbardziej do ciebie podobna
5. Niedokończona lektura
6. Zdanie, które najczęściej wypowiadasz
7. Rodzeństwo czy jedynak?
8. W jakim kraju chciałabyś mieszkać?
9. Ile książek liczy twoja biblioteczka?
10. Czy chciałabyś kiedyś wydać własną książkę?
11. Najzabawniejsze wspomnienie z dzieciństwa

Nominuję:
http://ksiazki-milki.blogspot.com
http://podrozemiedzyksiazkowe.blogspot.com
http://gabrysiekrecenzuje.blogspot.com
http://diamentowe-slowa.blogspot.com
http://kochamczytack.blogspot.com
http://ksiazkowyswiatpatrycji.blogspot.com
http://k-siazkowyswiat.blogspot.com
http://in-my-different-world.blogspot.com
http://bookcasemonster.blogspot.com
http://strefa-czytania-obowiazuje-wszedzie.blogspot.com
http://isareadsbooks.blogspot.com

Zapraszam do wykonywania LBA, mam nadzieję, że pytania się spodobają :)

#09. "Mara Dyer. Tajemnica" - Michelle Hodkin



Tytuł: Mara Dyer. Tajemnica
Autor: Michelle Hodkin
Wydawnictwo: YA!
Data wydania: 10 września 2014
Ilość stron: 412

Światowy bestseller czytany przez miliony czytelniczek zakochanych w parze bohaterów.
Każdy kryje w sobie tajemnicę, wystarczy ją obudzić.
Kim jest Mara Dyer?
W tajemniczych okolicznościach giną dwie dziewczyny, przyjaciółki głównej bohaterki. Wygląda na to, że ich śmierć została przepowiedziana, ktoś wiedział co si się wydarzy.
Powieść z paranormalnym twistem i przesłaniem: pozory mylą. Spodoba się nastolatkom płci żeńskiej, szczególnie, że główna bohaterka – wbrew przestrogom - zakochuje się w najbardziej nieodpowiednim i intrygującym chłopaku ze szkoły (opis wydawnictwa).

Mara Dyer o mało co nie zginęła, gdy zawaliły się ruiny starego psychiatryka, który postanowiła zwiedzić z dwoma przyjaciółkami. Niestety one i towarzyszący Marze jej chłopak, nie mieli tyle szczęścia co ona. Po ich pogrzebie Mara i jej rodzina postanawiają się przeprowadzić. W nowym miejscu zamieszkania następuje klasyczny dla nurtu new adult zwrot akcji, czyli główna bohaterka idzie do liceum, poznaje tam zabójczo przystojnego chłopaka i rozgrywa się jedna wielka miłość na całe życie. Ble, tęcza i wymioty do kwadratu.
Mara stara się także ukrywać przed matką to, że ciągle dręczą ją koszmary i wspomnienia z miejsca wypadku. Bierze silne leki (a czasami ich nie bierze…),  a jednocześnie chce pogodzić się ze stratą i zacząć nowe, spokojne życie. Pomaga jej w tym wyżej wymieniony przystojny Noah.

„Balansowałam na krawędzi koszmaru i pamięci, niezdolna rozstrzygnąć, co jest czym”

Pierwsze, co rzuciło mi się w oczy w bibliotece, to była właśnie ta okładka – nie tyle ładna, co intrygująca i tajemnicza. Niestety, bałam się, że będzie to nudna, przewidywalna, typowa książka, jakich wiele obecnie na rynku – taka, którą przeczytam, powiem „aha” i wrócę do moich zadanek z matematyki, ale na szczęście zupełnie się myliłam! Tak! :) Właśnie na taką książkę i bohaterów, jak z „Mary Dyer” czekałam. I naprawdę się opłacało.

Mara Dyer jako główna bohaterka była tak naturalna, że od razu ją polubiłam. Naprawdę, mimo jej psychodelicznych koszmarów i widzenia za sobą odbić w lustrze nieistniejących ludzi, to taka dziewczyna, z którą mogłabym się spokojnie zaprzyjaźnić. Jest silna, ale umie przyznać się do słabości, jest skrzywdzona, ale nie chodzi z obolałą miną i nie użala się nad sobą, jest sarkastyczna, ale nieprzesadnie. Do tego szybko poznaje Noaha, który nie ukrywa swoich uczuć do niej, jest w stanie odwrócić się od swoich byłych przyjaciół w jej obronie, nie boi się utraty swojej reputacji. Zwykle irytują mnie męskie postaci, kreowane na tych wybawicieli głównych bohaterek, ale Noah dodawał tej książce żartobliwego odcienia. Wszystkie sceny, gdy Noah i Mara występowali razem czytałam z wielkim bananem na ustach :)

Jednym z głównych wątków są koszmary i halucynacje senne Mary. Dziewczynie wszystko miesza się w głowie i sama nie wie, co jest prawdą, a co tylko chorym wytworem jej głowy. Przestaje ufać samej sobie. Nie może także ani na chwilę odpocząć od śmierci, bo koło niej zaczyna umierać coraz więcej osób… Rozwiązanie tej zagadki jest równocześnie szokujące i przewidywalne. Zrobienie z Noaha kogoś pokroju Mary nie za bardzo przypadło mi do gustu, ale mam nadzieję, że zostanie to wyjaśnione w kolejnych częściach.

Podobało mi się to, że książkę czytało się łatwo, szybko i przyjemnie, nie było żadnych rozkwilających i przerysowanych scen. Autorce udało się ukazać w wyjątkowo piękny sposób miłość między rodzeństwem – Marą a jej starszym bratem Danielem – którzy dopiero po tragedii zaczęli bardziej o siebie dbać. On ją krył, kiedy musiał, nie kablował rodzicom, wiedział, czego potrzebuje Mara, bardziej od faszerującej ją lekami matki. Zazdroszczę jej tego, bo zawsze chciałam mieć starszego brata.

Wątki fantastyczne, czyli koszmary, zwidy i kolejne śmierci na drodze Mary są bardzo psychodeliczne i intrygujące. Czasami sama nie mogłam się połapać, czy to jawa czy to sen. Zostały dobrze poprowadzone przez autorkę, ale nieco za szybko wystawiła nam rozwiązanie na talerzu, bo po prostu łatwo było się domyśleć, jaki związek ma Mara z tajemniczymi śmierciami. Mimo to mam nadzieję, że w kolejnych częściach autorka wyjaśni nam nieco więcej.

Podsumowując – „Mara Dyer. Tajemnica” jest dobrą książką, dla wszystkich fanów młodzieżówek, którzy są zmęczeni wilkołakami, wampirami i innymi nadnaturalnymi kosmitami, a pragną znowu wciągnąć się w fikcyjny świat. Autorka miała na serię oryginalny, nieoklepany pomysł, który dobrze zrealizowała. Książka praktycznie czyta się sama i możecie być pewni, że przy niej przepadniecie na długie godziny.

Ocena – 9/10

(cytaty pochodzą z „Mary Dyer.Tajemnica”)